Dzisiaj wybrałem się z żoną na ryby. Żeby było blisko do samochodu w razie ulewy poszedłem w inne miejsce.
Na początku połowiłem na boczny trok, okonie brały tylko w jednym miejscu, wystarczyło rzucić 2 metry w bok i brań nie było. Po wyciągnięciu około 10 okoni po 15cm zaczęły brać miniaturowe, po 5-7cm dlatego przestałem je łowić. Około 18.00 uzbroiłem się w stalkę i większe przynęty aby poszukać zębacza. Brań nie było żadnych do 19.00, nie było też widać że ryby żerują przy powierzchni. O 19.00 ciągnąc przezroczysto-złote kopytko 7cm poczułem zaczep. Rozmawiałem wtedy z żoną i nawet nie popatrzyłem w stronę wody. Po kilku obrotach kołowrotkiem usłyszałem ulubiony dźwięk spinningisty – brzęczenie hamulca kołowrotka. Nie docinałem drugi raz tylko wyprostowałem kij. Szczupak od razu ruszył do brzegu. Skontrowałem go szybko aby nie wszedł w wodorosty. Nie spodobało mu się to i ruszył na środek wody. Po kilku minutach zaczął skakać i szamotać się, zobaczyłem wtedy że jest ładny, jasnozielony. Podciągałem go delikatnie do brzegu raz po raz pozwalając mu wybrać trochę linki. Gdy był już zmęczony tymi wyskokami i wyciąganiem linki podprowadziłem go pod brzeg. Nie wyglądał na mającego jeszcze ochotę na walkę, więc przykucnąwszy podciągałem go do wyciągniętej ręki. Nagle gdy już był może pół metra, może metr od brzegu na wypłyceniu zaczął wierzgać. Wędka była lekko opuszczona i wykorzystał to. Wypiął mi się z haka ale chyba był zbyt oszołomiony bo nie uciekł. W ułamku sekundy rzuciłem wędkę i wskoczyłem do wody za nim łapiąc go za kark. Wyniosłem go na brzeg i położyłem go na przygotowanej macie. Zasłoniłem mu głowę mokrą ściereczką aby się uspokoił. Zmierzyłem go szybko, miał 70cm ale ważył dużo więcej niż 85”tka złowiona przeze mnie tydzień temu i był bardziej kolorowy. Szczupak na brzegu nie ruszał się wcale. Po sesji zaniosłem go do wody i gdy już byłem nad lustrem wody zaczął bardzo wierzgać, pewnie uwierzył, że jednak nie jest to jego ostatni dzień życia. Po wpadnięciu do wody z około pół metra postał chwile przy brzegu po czym dumnie odpłynął. Całe to wydarzenie dało mi sporo do myślenia, muszę się przemóc i zabierać ze sobą podbierak. Nie lubię podbierać nim ryb bo zawsze muszę siedzieć z 10 minut po wyciągnięciu ryby i odczepiać kotwiczkę z siatki. Jak mam kopytko to pół biedy, a jak łowię na woblera to siedzenia jest czasami dłużej.
Około 20.00 zaczęło się chmurzyć więc szybko się spakowaliśmy i postanowiliśmy zakończyć wędkowanie. Gdy szedłem obok zapory na wypłyceniu zauważyłem ładnego okonia. Podszedłem aby go obejrzeć ale ani drgnął. Delikatnie chwyciłem go ręką. Miał może 30cm, może więcej. Na dole pyska miał bliznę pewnie po haku i widoczne oropienie. Zapewne podpłynął na to wypłycenie aby spokojnie sobie zakończyć żywot. Na pamiątkę zrobiłem mu zdjęcie, trochę niewyraźne.