Dosyć udany wędkarski weekend nad Wisłą. 5 szczupaków w tym jeden rekordowy, kilka sandaczyków, okoni.
Dzisiaj moje miejsce było już zajęte przez jakiegoś niedzielnego wędkarza (który był świadkiem jak wczoraj wyciągłem 85-tkę) ubranego w spodnie moro, bez podkoszulka, z puszką piwa i fajką w zębach. Ów wędkarz uzbrojony był w teleskopową wędkę i gumowe przynęty. Jak mnie zobaczył że idę w inne miejsce powoli przemieszczał się w moją stronę żeby stać około 15 metrów ode mnie i rzucać w prawo, praktycznie mi pod nogi. Po 30 minutach i wydojeniu przez niego okonka 18-20cm (oczywiście poszedł do siatki) przeszedł na drugą stronę. Pomyślałem że wreszcie będę mógł normalnie zarzucać. Niestety myliłem się, z prawej strony znowu rzucał tak, że ja musiałem tym razem uciekać w lewo żeby mu nie poplątać. Na moje szczęście łowił na dosyć cienką żyłkę a kanał takie rzeczy szybko weryfikuje. Po urwaniu z 5 przynęt dał sobie na luz i wrócił kłusować pod zaporę.
Rybki zaczęły chodzić koło 19.00 kilka brań na małe kopytko i miałem na brzegu dwa okonki i sandaczyka. Zmieniłem przynętę na wolno tonącego woblera – imitację uklei. Za kolejnym rzutem poczułem pobicie, po kilkunastosekundowej walce na brzegu wylądował szczupaczek 47cm – zmora każdego miesiąrza (aby go zabrać trzeba go naciągać
). Od razu wypróbowałem kocyk jako tymczasowa mata do odhaczania ryb. Sprawdził się bardzo dobrze ale już widzę przewagę maty – matę można po zabiegu z rybką opłukać a na kocu pozostał śluz.
Szczupaczek – 48cm, sprytny mięsiaż naciągnąłby go do 50cm i zabrał do zezarcia. Odhaczanie, podczas holu poplątał mi zestaw.